Archive

Archive for February, 2010

Spakowany

Wszystko zwiezione do kontenera. Ostatnie dni dosłownie spędzam w iście spartańskich warunkach. Ale przyznam, że jest coś w ty przyjemnego i lekkiego. Totalne uwolnienie się od rzeczy materialnych. No, prawie. Laptop obok jest przecież. W mieszkaniu zostało tylko biurko i kilka podstawowych rzeczy.

Wczoraj było lekkie trzęsienie ziemi niedaleko Chicago. Jakieś 50 mil. Około 4 w skali Richtera… niektórzy coś czuli. Ja spałem jak zabity.

http://www.suntimes.com/news/902398,quake041808.article

A u nas śnieżyca. Ponad stopa śniegu. Auto jakoś sobie radziło, wszak przedni napęd.

Categories: nintendopassion Tags: ,

“O miłości braterskiej”

Siedzi Waldi nad tabliczką i pisze w mozole
Bo “A” duże pan profesor dziś mu zadał w szkole

Ach, tak trudna ta litera, szpiczasta i długa
biedny Waldi się nią trudzi, aż oczkami mruga

W drugim kącie siedzi Mario, bawi się konikiem
on już dawno umie pisać duże “A” rysikiem

Mój braciszku, mój ty złoty, porzuć tą zabawę
chodź mi pomóż z tym “A” dużym, mam tak trudną sprawę

Zaraz chętnie Mario bieży na wezwanie brata
nie daremnie jest od niego starszy, prawie o dwa lata

Gdy skończyli wnet pisanie
wesoło biegają

Jak to dobrze dwóm braciszkom, kiedy się kochają.

Wpis powstał z powodu nawrotów ciągłej tęsknoty za nim. Wiersz ten nauczyła mnie moja prababcia, Karolina Imbier. Wspaniała kobieta. A przypomniała mi go mama. Gdzieś mi umknęło to wszystko w pogoni życia… Oj Waldi, gdybyś był z nami na tym świecie…

Jest zapierdol!

Inaczej się nie da tego opisać.

Jesteś mądry? Tak? OK, to spróbuj zacząć żyć od nowa w swoim ojczystym kraju po 17+ latach życia na obczyźnie. Nie będę tutaj dużo gadał. Jestem zmęczony, niewyspany i zapierniczam jak szalony. Niecałe trzydzieści dni to powrotu do kraju. A roboty od cholery…

Może ktoś mógłby mnie odciążyć???

W poprzedni weekend spędziłem całą sobotę i niedzielę w magazynie. Coś ponad 30 godzin na nogach. Zdążyłem jeszcze odwiedzić rodziców w niedzielę. Co to dużo mówić. Usnąłem na kanapie. W poniedziałek nie poszedłem do pracy z przemęczenia. “Sick Day” (chorobowe sobie wziąłem). No nie dało się inaczej. Rodzice teraz zaczynają zdawać sobie sprawę z wagi sytuacji. Prawdopodobnie nie zobaczę ich za dwa, może trzy lata. Otwarli się przede mną. Było trochę płaczu ze strony mamy. Wiadomo.

Zgoliłem brodę. Czuję się nago. A już od Rumcajsa mnie przezywali!

Około 3 rano coś mnie przyszło na mycie autka. No to siup. Cały zakład dla mnie. To żem sobie zrobił drobną sesję zdjęciowa Hondki, którą nacieszę się jeszcze z miesiąc. No sooo! Lubię ją.

I co dalej? Nic. Za miesiąc pojednanie z Princess Peach. Tylko to się liczy. Nic więcej!

Kolejny wpis może tak prędko nie nastąpić. Wszystko zależy…