Archive

Archive for March, 2010

Odprawa celna zakończona. Dobra materialne zwiezione. Włochy.

Dzień pierwszy. Odprawa celna.

To był bardzo ciężki dzień. A właściwie dwa dni. Wstałem o czwartej rano i wybrałem się do Mielca. Nigdy tam nie byłem. Bardzo ładne miasto. Po dokonaniu kilku formalności w urzędzie miasta dotarliśmy do Urzędu Celnego. Na czas. Była 9:30. I tu skończyła się sielanka. Masa formularzy, podpisów, troszkę opłat, rozmowa z kierownikiem wydziału celnego. No i odprawa. To było bardzo męczące. Formularze z biura wysyłkowego w Chicago okazały się niepoprawnie wypełnione. To spowodowało przedłużenie mojej odprawy o kolejne trzy godziny. Wszystko było psychicznie bardzo męczące. Nerwy, oczekiwanie, i nieubłaganie mijający czas. Zostajesz w rękach urzędników celnych. Byli oschli, ale nie niemili. Około 16:30 po załatwieniu wszelkich formalności, uiszczeniu opłat i złożeniu kilku podpisów otrzymaliśmy pozwolenie na odebranie mienia przesiedleńczego. Teraz, na magazynie zdałem sobie ile tych śmieci zwiozłem ze Stanów Zjednoczonych. Siedemnaście lat spędzonych w Chicago mieściło się w mozolnie pakowanych nocami kartonach. Jakoś to dziwnie wszystko wyglądało. Odbierałem z USA paczki, które miesiąc temu sam wysyłałem. To było bardzo dziwne uczucie.

I tak odzież, meble, sprzęt RTV, książki i cała moja kolekcja gier wideo znajduje się gdzieś w Polce na strychu. Po powrocie z Mielca byliśmy kompletnie wyczerpani. Piszę w liczbie mnogiej, ponieważ był ze mną przyjaciel, który towarzyszył mi w wycieczce po USA. Ktoś pamięta wpisy z Grand Canyon? Zdążyliśmy jeszcze zmienić koła w jego przemiłym VW Polo. Krótki stop w sklepie po piwo. 0 18:00 dotarła do nas ciężarówka z dobytkiem. Rozładunek trwał około 20 minut. Podziękowaliśmy miłemu kierowcy. Zasiedliśmy do wspaniałego krupnika. Po długiej, może i dwugodzinnej rozmowie i dwóch harnasiach padłem nieżywy. Nawet nie zdążyłem zadzwonić do Princess Peach, która właśnie w tym samym czasie była w Warszawie na spotkaniach integracyjnych. A w tej malutkiej mieścinie w której teraz przebywa mój skromy dobytek nie ma praktycznie recepcji. Nie ma również internetu. Zatem dzień praktycznie minął na rozmowach twarzą w twarz. Bez laptopa, bez komórki. Biesiadnie.

Dzień drugi. Rozpakowanie tego wszystkiego.

Dzień wcześniej rozłożyło mnie dwóch harnasiów. Ale to z powodu zmęczenia. Teraz, już o siódmej rano byłem gotowy do pracy. I tak przeglądałem wszystko paczki aż do 17:00. Wszystko dotarło w miarę nietknięte. Jedynym nie przetestowanym urządzeniem jest telewizor, który zapakowałem w prawie pancerną skrzynię. Nie wiem, czy miesiąc w prawdopodobnie wilgotnym kontenerze nie wyrządził szkód. Wprawdzie Bravia (KDL-52V5100) zapakowałem bardzo ciasno i ostrożnie: folia, 2 calowy styropian ze wszystkich stron obite 3/4 calowym plywood’em (sklejką) aby uniknąć jakichkolwiek uszkodzeń mechanicznych. Zatem pozostaje jeszcze tylko go… uruchomić.  Ale to dopiero po wycieczce do…

Italia.

Za kilka dni, jadę autobusem z moją Princess Peach do Włoch na tydzień. Sprawy rodzinne. Zawsze marzyłem o wycieczce do Włoch. W dużym uogólnieniu, dla szarego Amerykanina, wycieczka do Europy to (prawie) to samo co dla Polaka wycieczka na wakacje do USA. Przepraszam, jeżeli za bardzo upraszam porównania, ale tak to widzę. Po siedemnastu latach życia w USA ciągle znajomi łapią mnie gdy mówię U nas w doniesieniu do USA. Jakie U nas? Śmieją się. Ale rozumieją mnie i mówią, że to będzie zdarzało mi się dosyć często. Odbiegam jednak od tematu. Nie wiedzieć czemu, jestem zdenerwowany tą wycieczką. Princess Peach mówi bardzo dobrze po włosku, ja natomiast ni jak.  A z angielskim, to raczej dużo tam nie wskóram. Kto wie. Jedziemy do Lombardii. Peach mówi że jest tam pięknie. Nie zobaczymy Rzymu, nie zobaczymy Koloseum, ale zobaczymy coś czego turyści nie widzą na wycieczkach. Włochy od podwórza. Od dnia codziennego. Dziwnie towarzyszy mi związany z tą wycieczką stres. Bez powodu. Dlaczego? Nie wiem. Zobaczymy jak to będzie.

Zatem, do usłyszenia po powrocie z Włoch. Gdy już ochłonę z wrażeń, poczęstuję się z Wami przemyśleniami i moimi pierwszymi wrażeniami o Polsce. Już nie jako spojrzenie turysty, ale jako człowieka, który podjął decyzję powrotu do kraju w wieku 33 lat. Jak na razie czuję się obco we własnym kraju, bo tak mało o wiem o Polsce. W Stanach żyło mi się dobrze. Lubię ten kraj. Zawsze mogę tam wrócić.

Ale na dobre i na złe, wybrałem Polskę.

Advertisements

… już w Made in Poland.

Tak. Od kilku dni już jestem w Polsce.

  • Hece na lotnisku O’Hare (oł-her) w Chicago
  • wylewne pożegnanie z mamaśkami i tataśkami
  • przewertowany i przetestowany “against bomb making materials” w Monachium
  • o mało co nie spóźniony z powodu zmiany wyjść do samolotu
  • o mało co nie oclili mi  iPod’a, laptopa i aparatu fotograficznego
  • niewyspany
  • nie przyzwyczajony do zmiany czasu (różnica siedmiu godzin wstecz)
  • pierwsze zderzenia z Polską rzeczywistością w toku
  • zmiana kabelków ze 110V na 220V dosyć bezproblemowa

Opinie co niektórych mniej życzliwych z USA i Polski:

Za szesnaście miesięcy wrócisz do Stanów Zjednoczonych.