Archive

Archive for June, 2010

Nintendo. Dlaczego kibicuje?

Jak zaczęła się moja przygoda z Nintendo?

Muszę sięgnąć pamięcią do końca lat 80-tych. Zaczęły się pojawiać na bazarach gierki elektroniczne “jajeczka” z wilkiem i zajcem. Co niektórzy pamiętają. Krążyło się za tym po straganach i odpustach. To były nasze początki. Piszę nasze, bo razem z młodszym bratem wciągnęliśmy się w te gierki. Grało się po nocach i w oczach mieniło się od spadających jajeczek. Apogeum techniki! W porównaniu do… no właśnie. Do czego? Ponga? Potem znajomy z rodziny pojechał do Niemiec, i przywiózł synowi Nintendo NES z Super Mario Bros. Z mózgu zgliszcza!

Jęzory opadły z łomotem. Szok i szał. Dzieciakom na wsi nawet nie śniło się o takich bajerach. Skaczący hipek, czy pamperek jak wtedy nazywaliśmy zpikselowanego Mario. Grzyby w ogniu! Komu przyszło do głowy, żeby strzelać do potworków z grzybów!? I to żeby jeszcze płomienistymi! Rozbijanie cegieł głową, kwiatki, monety, przepaście, żarłoczne kwiaty wychodzące z zielonych rur i ukryte plansze! Toć to normalnie odbierało nam tlen z płuc.

Już nie pamiętam ja to robiliśmy, ale przekupywaliśmy kumpla pustymi puszkami, pudełkami po papierosach, komiksami i cokolwiek jeszcze tam zbierał. Żeby tylko móc grać. Robiliśmy wszystko, żeby tylko przez kilka nocy bez picia i jedzenia tłuc w Super Mario Bros i Tetris. Znajomi zapewne szydzili z nas, że sprzedalibyśmy wszystko co się da. Ale takie były czasy. Nic tylko chcieliśmy grać, za każdą możliwą nam cenę. Brat był mocny w  Tetrisa. Wykazywał wyraźną wyższość nade mną. Nie potrafiłem go pokonać. Koordynację wzroku i ruchu miał niezrównaną.

Jakiś czas później, cudem jakim nie wiem, uzbieraliśmy trochę kasy i zakupiliśmy zacną kopię NES-a na jakimś bazarze. Na oryginalną konsolę nie było nas stać. A nawet gdyby, to i tak nie było możliwości zdobycia. I nie mówię tutaj o Pegazusie, tylko o cholernie dobrej podróbie. Nawet pudełko było zjechane całkiem całkiem. Dodatkowym plusem tego klonu była możliwość odtwarzania gier w PAL i NTSC. A że rodzinka z USA już kuzynostwo w Polsce zaopatrzyła w najnowsze hity Ameryki, tośmy powoli wymataczyli takie tytuły jak Ninja Ame-Gaiden i Bugs Bunny. Eh, szkoda więcej się wywodzić. Wszystko nam się podobało. Gry, opakowanie, książeczki. Nawet jaraliśmy się ulotkami reklamowymi i kartami gwarancyjnymi. Wtedy jeszcze nie spikowaliśmy po angielsku, ale czy to miało znaczenie? Szata graficzna robiła na nas wrażenie.

Nie zdążyłem zauważyć jak złote owalne logo “Nintendo Seal of Quality” stało się czymś więcej niż znakiem aprobaty Nintendo. Ten znak był Naszą aprobatą. Z biegiem lat ojcu udało się wyjechać do USA. Pierwszym życzeniem, ba, żądaniem był ledwo co zasłyszany Game Boy. Jakimś trafem kolejny kuzyn pokazał nam Super Mario Land i Tetris. W pełni planszowa gra na małym kartridżu! Gra przenośna! Świat takich rzeczy nie widział. Koledzy z zamożniejszych rodzin kupowali Commodore 64 i łamali na nich plastikowe przezroczyste joysticki, którym ciągle łamały się blaszki w stykach i odpadały przyssawki. Imponujące, ale nie dla nas. My już byliśmy pochłonięci Nintendo. Na pamięć znaliśmy końcowe strony grubych katalogów niemieckich sklepów jak Otto czy Quelle. Pamiętam, że działy gier wideo były dyskretnie uprzedzane reklamami wibratorów. Eh ci Niemcy! Nocami tworzyliśmy w wyobraźni listy gier, w które chcieliśmy grać. Wszystko to, było dla nas tak magiczne i nieosiągalne, że nawet w wyobraźni ograniczaliśmy się do najcenniejszych tytułów. Poważnie!

I pewnego wieczoru nadszedł ten wiekopomny moment. Ojciec przysłał nam nie jeden, a dwa Game Boy’e z osobnymi grami dla nas! Mogliśmy zrobić system link i grać przeciwko sobie w F1 Racing! To moment, który mało kto może pojąć w dzisiejszej erze internetu i xbl’u. Byliśmy jednymi z nielicznych. Wreszcie uprzywilejowani! Dogoniliśmy kuzynostwo. Zaczęły się comiesięczne wyjazdy na targowiska w poszukiwaniu stoisk z kartridżami! Tak, tak moi drodzy. Takie to były czasy. Nie było Allegro. Nie było internetu. Nie wspomnę o prasie. Łatwiej było zdobyć w pełni funkcjonalny noktowizor od rusków niż grę. Tak. Tak było.

Czas Ameryki

Nadszedł czas na mnie. Miałem niespełna szesnaście lat, gdy sam mogłem skosztować tego raju-kraju grami, mlekiem i miodem płynącym. Pod względem gier i nowinek mogłem się tylko wybrać do lokalnego  Toys’R Us. Pamiętam te magiczne wystawy sklepowe. Konsole za szybami. Dokładne opisy. Duże reklamy. Sega vs. Nintendo. Sonic vs. Mario. To wszystko było takie inne od tej polskiej szarzyzny początków lat 90-tych. Zaczęwszy się uczyć, a w weekendy pracować. W między czasie premierę miało Super Nintendo. Na to poszła moja pierwsza wypłata. Grałem. Oj grałem ostro. We wszystko co się da. Zeldy, Metroidy i Mortal Kombaty. Tego nie mogłem sobie wyśnić w moich najskrytszych marzeniach.

A potem to już było z górki. Kupiłem nawet śmiertelnego wroga Nintendo, Segę Genesis (Mega Drive w EU) Segę CD i 32X. Dzięki pracy zacząłem zbierać, kombinować, kupować i machlojkować. Czym się dało. I to wszystko zapoczątkowało moją kolekcję i pasję do gier. Nie opuściłem jednak dużego N nawet wtedy kiedy dali dupy z N64. A mogli mieć nośnik cd… Mogli.

Kilka lat późniejznalazłem pracę w Game Stop i Game Crazy. Przez kilka lat obracałem się w świecie gier wideo. Zarządzałem sklepem EB Games (obecnym Game Stop) w Prospect Heights, IL. Potem w Game Crazy. Tak dla polepszenia samopoczucia, bo płaca była marna. Ale ciągle wokół gier. Fajni ludzie byli. I tak wyjeżdżaliśmy na różne spotkania i wystawy organizowane dla pracowników firmy. W Tampa Bay na Florydzie na własne oczy widziałem jak FragDolls kopały cwaniaczków po całych levelach. Popiłem, pojadłem, nie popaliłem. Dużo ludzi z branży poznałem.

Owszem, impreza Nintendo też była. Reggie był na luzie. Choć zmęczony po wizycie w Japonii znalazł czas dla pospólstwa. I dla mnie.

Nie wymieniam już co było potem, bo przez moje ręce przewinęła się prawie każda konsola i ważniejsza gra. Nintendo jednak zawsze na pierwszy miejscu, nawet jeśli na rynku było trzecie. Mario i jego paczka nadal mnie cholernie bawi. Jest coś w tym czego inne konsole i gry mi nie dają. Nie negując innych cudów i klasyk, bo tego się nie da zignorować, zawsze powracam do moich lat dzieciństwa. Do mojej klasyki. Po mordowaniu w MGS4 czy też prasowaniu żelazkiem w Halo, z wielką chęcią odprężam się w Mario Kart, albo w stare dobre Super Mario. Duże N zagościło już u mnie na zawsze dzięki czasowi spędzonemu w USA.

Dziś, jako stary wyga wspominam te czasy z łezką w oku. Z perspektywy gracza, fajna była Ameryka lat 90-tych.

… was nice while it lasted.

Źródło:

W odpowiedzi na pewną propozycję…

Miło, że pamiętasz o dinozaurach. Nie mam nic ciekawego niestety do przekazania. Monotonnie powtarzane hasło “brak czasu”, życie i inne obowiązki trzymają mnie mocno w rzeczywistości.
Nie umiem pisać, ostatnio nawet nie mam weny. Dodatkowo, kto chce słuchać o Nintendo w Polsce?
Piszę do Ciebie i na prawdę jest mi miło, że proponujesz mi to, ale nie czuję się na siłach, żebym mógł cokolwiek sensownego wnieść. Widzisz, nie umiem pisać recenzji o grach. Gram na tyle ile mogę. Myślę, że gościnnie mógłbym coś dodać do Was raz od wielkiego dzwonu. Ale co?

Wybacz zniechęcający ton mojej odpowiedzi. Wywodzi się on raczej z ogólnego przemęczenia nadmiarem informacji jaki ostatnio do mnie napływa. Kilka osób “coś” mi tam proponowało, ale zawsze miałem wrażenie, że wywodziło się to od wskaźnika wizyt na gramsajcie, a nie od tego co tam pisałem. Czuję, że już dawno wypadłem z toru jakim toczą się gry. Siedzę w kilku starych grach, które nikogo nie interesują i niechętnie spoglądam na nowości. Mam takie nawyki. Teraz gram w Final Fantasy na PSP. Czekam na Final Fatasy XIV Online i Fron Mission Evolved. To wszystko. A tak poza tym, to ogólnie u mnie cisza. Mam kilka pomysłów (a raczej tysiące) ale bez konkretnego wsparcia nie potrafię się zmobilizować.

Odpisz, co by Was/Ciebie interesowało. Nie chcę odmawiać ani potwierdzać, ale może dla tego, że nie mam konkretnej mobilizacji i wizji celu.

Pozdrawiam ze świata 8-4!

It’saaaaaa meeeee! Maaaaaario! Wa-hoo!